Tatry 2k13 vol. 2

Piszę dziś, chyba pierwszy raz, tak całkowicie "na świeżo", bo w istocie rzeczy to dopiero od kilku godzin jestem w domu. Za nami kolejny wypad w nasze polskie, piękne Tatry. Było słonecznie, wiosennie - zimowo i zdecydowanie za krótko. Góry po raz eNty nas zaskoczyły. No, może nie wszystkich aż tak bardzo, ale jednak. Zastaliśmy tam mnóstwo śniegu i z każdym krokiem w górę przechodziliśmy z klimatu wiosennego w klimat iście zimowy. Z jednej strony trochę byliśmy przygotowani na zimę, ale z drugiej.. nie aż na taką! Stwierdzenie "wpaść w śnieg po pas", tudzież w lepszym wypadku po kolana, nie było niczym nadzwyczajnym i dopiero tam, na końcu świata, nabrało odpowiedniego wymiaru. Ale od początku.. Tym razem byliśmy w nieco większym składzie - Ilon3k, PaweU, Mar!o i Daga :)



Po przyjeździe zawsze następuje ten moment, w którym stajemy w oknie i jest takie "wow, jak tu pięknie..!".  Za każdym razem wracamy w to samo miejsce - na Głodówkę do Pani Marysi, bo tam czujemy się świetnie,  tam jest wszystko czego nam potrzeba, Pani Marysia jest ogromnie sympatyczna, a do tego jeszcze ten nieziemski widok z okna.. Mhrrrr..


I jeszcze jest Fela. Przepiękny owczarek podhalański ze sporym nadmiarem, skapującej śliny. Mimo wszystko Fela jest świetnym psem, który już nas nawet zaczął rozpoznawać i jak nas widzi to merda ogonem. Miło z jej strony! :)





Po przyjeździe nie robiliśmy nic ambitnego. Każdy chwycił piwo w łapę, ktoś zapakował pod pachę kocyk i karimaty, po czym poszliśmy się byczyć na polanę. Z jednej strony słońce, które porządnie przygrzewało, a z drugiej zimny wiaterek sprawiały, że było ani ciepło, ani bardzo zimno. Summa summarum to raczej trzeba było się opatulić w ciepłą bluzę :)

Za to drugiego dnia przeszliśmy do realizacji misji. Spakowaliśmy plecaki, zrobiliśmy kilka wdechów i ruszyliśmy z pozytywnym nastawieniem łapać busa w stronę Palenicy Białczańskiej. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego wyjazdu wiedzieliśmy, że busy żyją tu własnym życiem, które nie ma nic wspólnego z tym "rozkładowym". Dlatego też od razu ruszyliśmy na miejsce, gdzie była szansa, ze jakiś będzie przejeżdżał. Żeby jednak nie czekać bezproduktywnie, uznaliśmy, że jeśli będzie jechał to go złapiemy w drodze. Pierwszy bus minął nas, kiedy przy Łysej Polanie, paręset metrów od Palenicy biegaliśmy sobie boso po śniegu :) Nie ma to jak sumienność w zawodzie! :)





Przy Wodogrzmotach Mickiewicza mieliśmy "rozkminę" i wywiad terenowy pt "czy bez raków da się wejść na Piątkę?". Przepytałam co najmniej 3 osoby (żadna z nich nie była w zwykłych butach - albo mieli raki, albo buty narciarskie) i wywnioskowałam, że da się, ale będzie trudno. Pierwszy kawałek nie zachęcał :D Taki lód, że jednym ślizgiem można by go pokonać, ale ruszyliśmy. Początek tylko straszył - później było dużo lepiej. Jedynie śnieg mocno ślizgał się pod butami, często się zapadał i w ogóle utrudniał całe przedsięwzięcie. Za to końcówka.. Uhuhuhu.....







No więc tak, końcówki nie dało się sensownie uwiecznić na zdjęciach. W ogóle nie było zejścia na zielony szlak, a czarny... No cóż, czarny w lecie to jest pestka. Do tej pory wydawało mi się, że jest męczący, ale nie. Męczący to on jest w zimie. Gdyby przejeżdżały tam jakieś koniki to bym się nie zastanawiała i skorzystała z podwózki... To, co w lecie pokonuje się zygzakiem, w zimie idzie po prostej do góry, a do tego człapie się po śniegu. Było cudownie! :) Robiło się krok w górę, a zjeżdzało dwa, ale za to, gdy już dotarło się na górę, minęło się kopę, obok której idzie "zimowy szlak" to aż zapierało dech. Cudowne, zachodzące słońce, które tak niesamowicie głaskało ośnieżone szczyty sprawiało, że nawet "Merci" w tym momencie nie wyraziłoby ani jednego słowa z tysiąca obiecanych w reklamie.





Czujecie to? Bo ja mam wrażenie, że te zdjęcia w ani jednej setnej nie oddają tego, jak to wszystko wyglądało naprawdę. No cóż, to po prostu trzeba zobaczyć, odetchnąć i poczuć w każdym kawałku swojego ciała tę magię, która się tam roztacza dookoła. Piszę jak popieprzona, wiem, ale tak jest naprawdę!

Dobra, wracając. Na drugi dzień tylko ja miałam jakieś ambicje. Daga się trochę pochorowała. Mariuszek stwierdził, że splajtuje i posiedzi z Dagą, a Paweu rozmyślał. W tym czasie ja znalazłam już sobie towarzystwo do wyjścia na Zawrat (Bartek, Jasiek - serdeczne pozdrowienia dla Was!). Później Paweu się namyślił, a Mariuszka i Dagę udało mi się przekabacić i poszliśmy wszyscy razem. Pogoda aż prosiła, żeby nie marnować dnia i iść przed siebie. A szło się ciężko, bardzo ciężko.. bardzo, bardzo ciężko. Nogi się zapadały, śnieg wpadał do butów, słońce grzało, a jak zaszło to robiło się zimno, ale dzielnie szliśmy. Nasze zapasy wody topniały zdecydowanie za szybko w odniesieniu do drogi jaka nam pozostała, więc nabieraliśmy śnieg. Do tej pory chce mi się śmiać z pytania Dagi: "mamy jeszcze wodę czy tylko śnieg?" :D W połowie drogi zerwał się okropny wiatr, który chciał nam pourywać głowy. Wtedy Mar!o z Dagą uznali, że wracają, a my przyodzialiśmy kurtki i nieprzemakalne spodnie (tia..) i poszliśmy dalej. Po paru minutach przestało wiać i było całkiem dobrze :)









Zmiana odzienia :) I pomyśleć, że te zdjęcia zrobione są w niewielkim odstępie czasowym. Poniższe to już prawie na Zawracie.


Ze schodzenia zdjęć nie posiadamy. Większość trasy w dół pokonaliśmy na naszych czterech literach i nie były to NOGI. Frajdy za to było co nie miara. Opłacało się wypocić wchodząc na górę, choćby dla tego grama satysfakcji i tej radości ze zjeżdżania w dół. Film lepiej pokaże co mam na myśli, ale na niego trzeba będzie jeszcze poczekać. Jak ruszaliśmy rano w stronę Zawratu to tak sobie myślałam "Zawrat, też mi coś.. już tam byłam, widziałam i w ogóle wolałabym co innego", a jak schodziłam to byłam zadowolona, ze udało mi się wleźć na tę przełęcz. Niby nic, a cieszy :)

Cała ta zima nieco pomieszała nam plany. Mieliśmy 5 dni spędzić w schroniskach, na Murowańcu zaczynając, a kończąc na Morskim Oku, ale nie wyszło. Liczyliśmy, że przynajmniej z Piątki dostaniemy się na Morskie, ale Świstówka zimą zamknięta, na Szpiglasową Przełęcz nie było odważnych, a asfaltem nie mieliśmy ochoty drałować. Trzeci dzień spędziliśmy więc na spożyciu śniadania i kontemplacji uroku gór, a następnie drodze powrotnej do Pani Marysi. Czarny szlak wynagrodził nam trudy wędrówki do schroniska i pokonaliśmy go na tyłkach w trybie ekspresowym :) Była radość, był fun, były emocje! :D A później było mokro, ale sympatycznie.


Zestaw śniadaniowy:







Wieczorem relaks przy kartach i wiśniówce, siusiu, myju i spać :)



Na następny dzień chęci były różne. Pani Kierownik Ilonka zaplanowała trasę niebieskim szlakiem z Kuźnic na Murowaniec i takim właśnie podreptaliśmy. Ja wprawdzie miałam ochotę na nieco więcej - przynajmniej na spacer po dolinie, wśród stawów, które widziałam z Kościelca, ale nikt nie podzielał moich chęci. Do tego mieliśmy jeszcze małą awarię i moje plany wzięły w łeb. No nic, podreptaliśmy z powrotem. Muszę jednak przyznać, że na dobrą sprawę to był bardzo przyjemny spacerek i nawet jak wróciliśmy udało mi się nie narzekać, że chciałam więcej :)







Wiosna, wiosna, wiosna.. Przynajmniej miejscami. Wiosna, wiosna, wiosna. Kwiatki, kwiatki, kwiatki. Śnieg, śnieg, śnieg... bardzo grubo śniegu :)






A do tego wszystkiego słońce, słońce, słońce! Takie urokliwe, ciepłe, wiosenne. Uwielbiam takie promienie przebijające się przez gałęzie, odbijające się w kałużach i skaczące wesoło po horyzoncie.. :)








Na zakończenie dnia mieliśmy w planach obiad w porze kolacji. Dobrze po 21 wieczorem wybraliśmy się do karczmy Giewont, w której niedługo chyba zyskamy miano stałych klientów. Mają tam tak przepyszne jedzenie, że mucha nie siada. Gdyby nie te zawodzące skrzypce z głośników, byłoby naprawdę idealnie! :) Jakby ktoś kiedyś w Bukowinie Tatrzańskiej szukał dobrego żarcia to polecam Giewont rękami i nogami! I jestem pewna, ze nie tylko ja :)




Następnego dnia nikt nie chciał ze mną iść na spacer. No po prostu nikt. Zawinęłam więc kocyk w łapę, soczek, okulary i poszłam się opalać. Co za wspaniały pomysł o 11, prawie w południe! O, ja genialna! Później przyszedł Paweu, pobyczyliśmy się jeszcze trochę i dzięki temu, miałam później sojusznika w swoich cierpieniach.. Niestety zdjęcie nie oddaje tego jak bardzo cierpię ;D


Wieczór upłynął na życiowych rozmyślaniach o rzeczywistości, agentach i istocie rzeczy wszelakich. Oczywiście w doborowym, acz nieco pociągliwym towarzystwie ;D 

Sobota to już tylko pakowanie się, pożegnanie z Felą i kotem (którego imienia nie znam, ale miał czadowe oczy) oraz powrót do domu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na jakieś zawody modelarskie :)




No i cóż tu więcej mówić? Stwierdziłam, że mi góry podobają się każdą porą roku. Niezależnie czy leży śnieg, kwitną kwiatki czy trawa żółknie - dla mnie tam zawsze jest tak samo pięknie. Za każdym razem inaczej. W zimie, tfu, na wiosnę, jest o wiele trudniej się tam poruszać, ale ma to swoje uroki. Gdyby moje buty (przemoknięte chyba ze 3 razy) potrafiły mówić, w tym momencie chyba by mnie obrzuciły stekiem wyzwisk, ale na szczęście nie potrafią i tego nie zrobią. PaweU zaś stwierdził, że wiosną w górach długo nogi nie postawi. 
Co jeszcze było pięknego w tym wyjeździe? Cisza. Pustki zarówno na szlakach, jak i w schronisku. Takie wrażenie jakby góry należały tylko do nas i ewentualnie do narciarzy, którzy śmigali slalomem ze szczytów (respect dla nich). Ten "tłum" w sezonie też ma swój urok, ale miło odczuć coś całkiem przeciwnego. Trafiliśmy na idealny moment. Dziś jak wyjeżdżaliśmy, przez okno było widać jaki ruch zrobił się na drodze w stronę Palenicy. Mnogość busów i rowerzystów. My mieliśmy na drodze pusto, a w przeciwną stronę jechał sznurek samochodów :)

Wrócimy tam, niebawem, za moment. Mam nadzieję, że w czerwcu :)

Dla zainteresowanych link do filmiku z naszego wyjazdu: TUTAJ




Komentarze

  1. Udało się, udało. Z całkiem sporym zainteresowaniem :) /Szymek

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tatryyy ;)

Akcja rejestracji Dawców - Stalowa Wola