Tatryy.. esz, coś pięknego! Nie ma co porównywać z bieszczadami, bo to całkiem inny świat i całkiem inna bajka i każde z tych miejsc ma swój własny, wyjątkowy i niepowtarzalny urok. Trzy dni to trochę za krótko, żeby nacieszyć się tym wszystkim dookoła, ale nie będę narzekać, bo kolejne dni miałabym siłę spędzić co najwyżej bycząc się na kamykach przy jakimś uroczym potoku. Pierwszy dzień dał mi całkowicie popalić i nie skłamię jak powiem, że dostałam w dupę - dosłownie, bo tyłek bolał mnie niemiłosiernie i to już w połowie drogi powrotnej. Co prawda to prawda, mięsnie nóg też zaczęły mi już na koniec odmawiać posłuszeństwa, ale zakwasów nie miałam, a tyłek boli do dziś, choć w góry poszliśmy w poniedziałek. Kondycja i dobre buty to dwie rzeczy, których nam brakowało, i cóż, ale fakt faktem, dwie najważniejsze rzeczy. No może jeszcze jakiegoś lepszego zaplanowania całej wyprawy, bo codzienne szukanie miejsca do spania na ostatnią chwilę to nie jest taka łatwa sprawa i w późnych godzina...
Piszę dziś, chyba pierwszy raz, tak całkowicie "na świeżo", bo w istocie rzeczy to dopiero od kilku godzin jestem w domu. Za nami kolejny wypad w nasze polskie, piękne Tatry. Było słonecznie, wiosennie - zimowo i zdecydowanie za krótko. Góry po raz eNty nas zaskoczyły. No, może nie wszystkich aż tak bardzo, ale jednak. Zastaliśmy tam mnóstwo śniegu i z każdym krokiem w górę przechodziliśmy z klimatu wiosennego w klimat iście zimowy. Z jednej strony trochę byliśmy przygotowani na zimę, ale z drugiej.. nie aż na taką! Stwierdzenie "wpaść w śnieg po pas", tudzież w lepszym wypadku po kolana, nie było niczym nadzwyczajnym i dopiero tam, na końcu świata, nabrało odpowiedniego wymiaru. Ale od początku.. Tym razem byliśmy w nieco większym składzie - Ilon3k, PaweU, Mar!o i Daga :) Po przyjeździe zawsze następuje ten moment, w którym stajemy w oknie i jest takie "wow, jak tu pięknie..!". Za każdym razem wracamy w to samo miejsce - na Głodówkę do Pani Marys...
Niedawno odbyła się kolejna akcja rejestracji dawców szpiku. Już na spokojnie, po akcji, śmiem twierdzić, że nie do końca udało nam się trafić z miejscami do rejestracji i następnym razem wybierzemy coś, co zrobi wielkie bum. Tym razem trafiło do nas 60 w pełni świadomych dawców, którzy dołączyli do ogromnej DKMSowej rodziny. Wiem, że 60 osób wydaje się być małym wynikiem, ale wierzcie mi.. to 60 szans na życie! To ogrom! Przy kolejnej akcji zrobimy jednak zdecydowanie więcej ciekawych kroków w kwestii rozpropagowania tematu.. :) Mam nadzieję, że znajdzie się równie sympatyczna grupa wolontariuszy do pomocy, jak było tym razem :)
Komentarze
Prześlij komentarz