Tatry 2012
Rok marzyłam o tym wyjeździe. Poprzednim razem byliśmy w górach właśnie we wrześniu i obiecywaliśmy sobie, że na wiosnę koniecznie się wybierzemy, ale nie wyszło. W kwietniu na spontanie wybraliśmy się do Stockholmu i trochę nas to pociągnęło po kieszeniach, później zaczął się sezon ślubny i tak zleciało do września.. Ale warto było poczekać, żeby spędzić te kilka dni we względnej ciszy i na "odpoczynku" w naszych pięknych, polskich górach. Pogoda w sumie nie była zła, ale cudów też nie było.. Przejrzystość powietrza była koszmarna i wszystko było widać jak przez brudną szybkę, a chwilami to nie było widać wcale. A i burza nam się przytrafiła nasza pierwsza w górach. Ale może od początku.. :)
Ruszyliśmy wieczorem, żeby rano od razu móc poczłapać na szlak, ale nam nie poszło i jak na śpiochów przystało - a przynajmniej jednego śpiocha - rano przekręcaliśmy się na drugi bok. Po pobudce przepakowywanie, śniadanko i planowanie..
Długo zastanawialiśmy się gdzie iść.. Z jednej strony było już mało czasu, bo z wyliczeń wynikało, że o 13 zaczniemy trasę, z drugiej nie chcieliśmy się już pierwszego dnia skatować i przekreślić pozostałych dni, a dodatkowo chcieliśmy choć na trochę wynurzyć się poza las, żeby odetchnąć i nacieszyć oczy. Wybraliśmy Giewont, bo niby 3,5h w jedną stronę, ale w trakcie drogi na szlak 2 razy zmienialiśmy zdanie. W końcu jednak stanęło, że będzie Giewont i koniec kropka! :)
Szło się ciężko.. bo szybko, bo słońce grzało, bo nogi nie przyzwyczajone, ale się szło. Większość schodziła, a my plus kilka osób, z którymi się "zaczepiliśmy" maszerowaliśmy pod górę, chcąc zdążyć przed zmierzchem. No i w końcu dotarliśmy, a nawet poszło nam to dość sprawnie i wyrobiliśmy się sporo przed czasem. Na szczycie szybki snickers, kanapka i prosto w dół :))
Drugi dzień znów rozpoczął się pakowaniem plecaków. Mój plecak był tym do targania wszystkiego (w drodze do schroniska) i jednocześnie do noszenia wody i prowiantu, gdy szliśmy na szlak. To była nasza pierwsza wyprawa z plecakami i nie skłamię jak powiem, że dało mi to strasznie w dupę. Może nie był jakoś strasznie ciężki. Ważył gdzieś 10-13kg, ale pół drogi skamlałam, że plecy bolą. Na Głodówce z nowo poznanym towarzyszem 2 godziny czekaliśmy na busa, który jak się okazało miał w ogóle nie nadjechać. Próbowaliśmy łapać stopa, ale nikt nie chciał polecieć na moje nogi :D Złapaliśmy za to "złodzieja z Łodzi", który wyglądał jak Borat i przejechał rowerem 370km, żeby wdrapać się na Rysy. Taką gromadą ruszyliśmy z buta w stronę Palenicy, żeby po drodze spróbować złapać busika :)
Po drodze do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów złapała nas burza, która później wróciła jeszcze dwa razy. Zmoczyło nas doszczętnie. Tzn mnie tylko trochę, a na Pawle nie było suchej nitki po przyjściu na miejsce. Nawet gradem nas obrzuciło i to na samym początku trasy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Staliśmy jak takie zziębnięte, przemoknięte do szpiku kości wróble pod drzewem i nawet nam się gadać nie chciało. Ludzie zbiegali w dół, a my staliśmy i czekaliśmy, że może przestanie padać.. ale nie przestało. Więc jak już doczłapaliśmy do schroniska od razu popędziliśmy pod prysznic, coś oszamić i znaleźć swój skrawek podłogi.. Niestety, co najlepsze kąski były już pozajmowane i nam zostało 1 i 3/4 miejsca. A tak poza tym to taka mała dygresja, że świat to jednak faktycznie jest mały :) Spotkałam w schronisku koleżankę z klasy :))
O 6:30 większość pakowała się już na wędrówki i chcąc nie chcąc nie dało się już spać :)
Plan na ten dzień był ambitny. O dziwo, Paweu nawet nie marudził i ani razu nie powiedział, że mnie pojebało :) A ja tak bardzo chciałam i tak strasznie się uwzięłam, że muszę iść na Orlą Perć, że muszę zobaczyć jak tam jest, że muszę przejść chociaż część, że.. poszliśmy. Najpierw na Zawrat ze spotkaną dzień wcześniej Agatą i jej towarzystwem, a później w kierunku Koziego Wierchu. Jak wychodziliśmy ze schroniska to świata nie było widać tylko mleko. Dookoła mleko.. Ale jak tylko zaczęliśmy się wspinać to powoli pojawiały się pierwsze promienie przebijającego się słońca, "topniała" mgła, a chmury zostawały za nami, przykrywając sobą dolinę. Zaczęło się robić pięknie, a my zaczęliśmy się szeroko uśmiechać :)
Paweu próbował wskoczyć na Zawrat, ale nie dało rady. Zabrakło mu turbo-butów. Zamiast nich miał jakieś obuwie trekkingowe..
Pierwsze przejaśnienia.. Jak byliśmy w tym miejscu to jeszcze w sumie nie wiedzieliśmy tak na pewno, że to gdzie zmierzamy to są te szczyty po prawej stronie i że będziemy szli po nich wszystkich po kolei, aż do tego na końcu. Ale może to i lepiej :D
Za nami początek Orlej. Przyznam szczerze, że po pierwszych paru metrach plułam sobie w twarz, że nie mam rękawiczek..
Na Zawracie się podzieliliśmy. Dwoje wróciło do schroniska, my poszliśmy na Kozi Wierch, a czworo poszło na Świnice. Na Świnicę jednak nie dotarli. Zawrócili po tym jak zaraz obok nich spadł w dół mężczyzna i zginął na miejscu.. My widzieliśmy tylko krążący helikopter i domyślaliśmy się, że coś się stało poważnego. Dopiero po zejściu do doliny dowiedzieliśmy się, że nie wszystkim dane było zakończyć swoją wyprawę tego dnia tak jak było to w planach..
Chwilami na szlaku było naprawdę ciekawie. Były momenty, że czułam wzrost poziomu adrenaliny we krwi (w sumie to raz a porządnie - przy drabince :)), ale poza tym to nie mogłam się nacieszyć, że tamtędy idę. Idąc granią, można się poczuć tak ogromnie maleńkim, nic nieznaczącym i tak bardzo słabym względem gór jak robaczek. W górach nie ma mocnych i mocniejszych, równych i równiejszych.. Wszyscy są tacy sami i wystarczy zły krok, żeby pojawiło się czarne tło i "game over".. A przelatująca obok chmura, która zasłania świat dodaje wszystkiemu jeszcze większej dozy niepewności wobec kolejnego ruchu :)
Na szczycie zasłużony odpoczynek i czas dla papparazzich. Chociaż powiem, że byliśmy już na tyle zmęczeni, a ja przy tym dodatkowo zziębnięta, że nawet zdjęć nie chciało się nam robić :)
Jak schodziliśmy czarnym szlakiem w kierunku Doliny Pięciu Stawów napotkaliśmy Liska Urwiska. Wyglądał trochę jak po spotkaniu z niedźwiedziem, ale i tak był słodki. I wcale się mnie nie bał! Tylko w pewnym momencie, jak już stałam ze 2 metry od niego to ja się go zaczęłam bać :)
Z tej góry za nami właśnie zeszliśmy.. Od dołu jakoś nie wyglądała zbyt okazale, ale i tak była radość. I zmęczenie.
Heeeeloooł! Koniec trasy! Jesteśmy prawie w "domu" :)
Kolejnego dnia ja miałam ochotę na więcej, więcej, więcej! A Paweu na dzień wolnego. Ruszyliśmy w kierunku Szpiglasowej Przełęczy z celem pt Szpiglasowy Wierch lub Wrota Chałubińskiego. Paweu przy Wielkim Stawie poczuł nieodpartą chęć poleniuchowania na kamieniu, więc zrobiliśmy przerwę. Ja w tym czasie zapoznawałam się z kaczkami :) Później mój towarzysz stwierdził, że podprowadzi mnie pod żółty szlak i wraca, ale na szczęście mu się odmieniło i poszedł ze mną.. na Gładki Wierch.
Na Gładki Wierch szliśmy nieznakowaną ścieżką, którą najpierw przegapiliśmy (wdrapaliśmy się spory kawałek na Zawrat, myśląc, że gdzieś tu zaraz musi być i z góry zobaczyliśmy ją na samym dole :))
Na szczycie udało mi się w końcu skontaktować z tatuśkiem, strzelić kilka zdjęć i zaczęło padać. Później doszły jeszcze efekty dźwiękowe w postaci burzy. W drodze w dół wyrżnęłam klasycznego orła (jak dobrze, że aparat w plecaku to przeżył...), a Paweu ześlizgiwał się co kilka metrów :)
Mieliśmy w planach wracać dzień później po przebudzeniu się, ale zeszliśmy do Palenicy tego dnia w akompaniamencie grzmotów. Schronisko było bardzo zatłoczone, a nam nie uśmiechała się kolejna noc na podłodze.. Uznaliśmy, że wrócimy w nocy do domu, po drodze zaliczając jeszcze Krupówki co by coś przekąsić i standardowo wsunąć po lodzie, a na drugi dzień odpocząć, żeby w sobotę ruszyć na ślub wypoczętym i bez zakwasów. Dopiero w Stalowej dowiedzieliśmy się (na drugi dzień), że nie, dziś NIE JEST PIĄTEK tylko czwartek i wróciliśmy o dobę za wcześnie. Trochę mnie ogarnęła złość, że straciliśmy jeden dzień, za który oddałabym wiele, ale cóż - powiadają, że szczęśliwi czasu nie liczą. I tak było pięknie! :)
Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to jeszcze w tym roku tam wrócę. Może uda się wtedy przywieźć trochę bardziej konkretny zestaw zdjęć, bo tym razem to różnie bywało. Albo nie było czasu na wyciąganie aparatu, albo padał deszcz, albo byliśmy na tyle zmęczeni, że żadnemu już się nie chciało. Nieść taki ciężar na szyi, a do tego spalonej, to koszmar, szczególnie, że przy nachyleniu się łatwo go obić. Wyjmować co chwilę z plecaka też nie fajnie.. No i dlatego taki ten "reportaż" tym razem dziurawy wyszedł i bez laku (tak, wiem, "złej baletnicy..") :))
Mam nadzieję, że Paweuowi za to uda się coś sensownego z ujęć skleić. A z tego miejsca pozdrowienia dla tych, którzy dotrwali końca :))
Dla zainteresowanych - TUTAJ - link do filmiku z wyjazdu :)
Mam nadzieję, że Paweuowi za to uda się coś sensownego z ujęć skleić. A z tego miejsca pozdrowienia dla tych, którzy dotrwali końca :))
Dla zainteresowanych - TUTAJ - link do filmiku z wyjazdu :)





























































Komentarze
Prześlij komentarz