Tatry 2k14 vol.1
Czy muszę pisać, że byliśmy w Tatrach? Nie? To dobrze, ale w sumie bardziej poprawnie byłoby napisać, że byliśmy w Zakopanem. Ha, i tym razem nie napiszę ani jednej literki o tym, że mamy mało zdjęć, że nikomu się robić nie chciało i że w ogóle to następnym razem to już chyba całkiem puste karty przywieziemy. Nawieźliśmy tyle zdjęć, że aż głupio mówić. Podejrzewam, że Marta i Tomasz (mój brat, bratowa i ich mały stworzon Zosiek) do tej pory mają nas za idiotów i małpy z aparatem i kamerą. Ja jak się dorwałam do aparatu to wręcz głupawki dostałam. Paweł za to latał jak perszing z kamerką. Mogliśmy sobie odbić za te ostatnie wypady, kiedy ciągle targaliśmy tyle rzeczy, że niesienie aparatu, a tym bardziej robienie zdjęć wcale nie było fajne.
Tym razem byliśmy trochę na innych zasadach. A co! Nie żeby jakieś tam wędrowanie, Orle Perci, szlaki, kamienie.. Tylko jak normalne turysty - leżing, plażing i smażing. Nie, dobra, bez jaj. Tak na poważnie to termy, Krupówki, kolejka na Kasprowy, koniki na Morskie i takie tam tematy. W sumie to przed wyjazdem byliśmy z Pawłem trochę przerażeni. Bo jak to tak? W góry, ale nie w góry? Okazało się, że taki wypad to też całkiem zajebista sprawa, szczególnie w takim towarzystwie. Wcześniej bałam się też, że nie damy rady wyszukać rozrywek na 3 dni, a okazało się, że nie brakło rozrywek tylko czasu.. Yhm, ok, po kolei..
A więc po drodze do Zakopanego jest Kraków. Aha, i uprzedzam, że w tym poście będzie naprawdę dużo zdjęć, gdyż mój mózg nie radzi sobie z selekcją takiej ilości. A najwięcej na tych zdjęciach będzie Zośka, bo całkowicie absorbowała moją uwagę. Tak więc zajechaliśmy po drodze do miasta Kraka, żeby odwiedzić Anię i pozwiedzać trochę, bo jak się okazało, co poniektórzy z naszej bandy nigdy nie zwiedzali Krakowa. Trzeba było nadrobić, choć mnie się tak sakrucko nie chciało :D
Smok zionął ogniem i Zosiek przepadł. Trudno ją było stamtąd zabrać bo, jak mówił Zonek, "był ogień". A jak był ogień to trzeba czekać aż znów będzie :D
Halo, halo! Czy wszyscy wiedzą, że to Kościół Mariacki :D? Bo ja na przykład nie wiedziałam, że można tego nie wiedzieć. A jednak! :D
Wyglądam na tym zdjęciu jak "idź stąd i nie wracaj", ale "selfie z Krakowa", tudzież "krakowska samojebka" musi być! I nie ma przeproś!
A potem w góry, w góry! Tym razem jakoś tak mniej się ekscytowałam jak na horyzoncie pokazały się szczyty, ale mimo wszystko nie omieszkałam pstryknąć zdjęcia. Jak już dotarliśmy na miejsce, zrobiliśmy szybki ogląd lokum, małe zakupy i na Krupówki! Pierwszy raz mogliśmy sobie pójść, a nie pojechać i bezczelnie spić sobie tam grzańca. A co! Kto bogatemu zabroni? Mieszkaliśmy praktycznie na stoku Gubałówki, więc zbytnio się nie nadwyrężyliśmy, żeby tam dotrzeć :))
Na Krupówkach odwiedziliśmy polecaną nam "Owczarnie". Wprawdzie i tak wolimy żywić się Giewoncie, ale czasem potrzeba odmiany. Ta akurat, w przeciwieństwie do kolejnej, o której później, była całkiem trafiona.
Mieszkaliśmy w takim domku. Widać było, że jeszcze funkiel nówka, w grudniu budowany. Mieszkało się tam naprawdę fajnie. Nas zauroczył na tyle, że aż zainteresowaliśmy się tematyką domków z bali. Mają nieziemski klimat :))
A na wieczór zapasy. Piwa regionalne w lodówce, Grant's w zamrażarce (whisky to chyba nieodłączny element mojego brata :D) i oscypki na talerzu. Bomba! Dla każdego coś dobrego :)
O 5:27 jakiś czort mnie zbudził. Bodajże świt. Jak wyjrzałam przez okno to później już usnąć nie mogłam. Takie widoki to tylko w górach. Dałabym im 8/10 pkt. Mieszkanko u Marysi bezsprzecznie dostaje 9/10. Max w punktacji to tylko nocka w schronisku :))
Dzień zapowiadał się piękny i intensywny. Mieliśmy w planach trasę na Morskie na konikach, a potem Czarny Staw pod Rysami. Koniki też były jednym z elementów, na który sami byśmy się nie skusili. Tzn inaczej - czasem nas korciło, bo trasa na Moko jest nudna jak flaki z olejem, a niekiedy dobrze z tamtego schroniska rozpoczynać wędrówkę, ale mimo wszystko nie zdecydowalibyśmy się. Więc teraz mieliśmy okazję się przejechać i wiemy, że kolejny raz na pewno nie będzie nas korciło :D Nie to, że źle czy coś, ale o wiele ciekawsze jest drałowanie pod górkę z buta, nawet po asfalcie. No, i za ścieranie butów nie trzeba płacić :)) Jak już zsiedliśmy z koników to Zosiek nie wyglądał na zbyt zachwyconego opcją butowania pod górę :D Tym bardziej, że co chwilę deszcz siąpił nam na głowy tylko po to, żeby zaraz mogło nas wysuszyć przebijające się przez chmury słońce..
Grunt to radość! :D
Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że jedną z tych przyjemniejszych rzeczy po dotarciu na miejsce jest możliwość spicia dobrego, chłodnego piwka. Piwko uprzejmie więc wtargaliśmy na górę, ażeby kontemplując widoki móc je spożyć :D
Na wodzie widać krople deszczu.. :)
Czas na solidną porcję frytek dla każdego i komu w drogę, temu na szlak! Dzielnie pomaszerowaliśmy nad Czarny Staw, dzierżąc na ramionach Zośka. Młoda wprawdzie miała ochotę maszerować o własnych stópkach, ale trochę nas opóźniała i zbyt mocno jej uwagę absorbował śnieg. Możecie mi wierzyć lub nie, bestia przewędrowała jednak taki kawałek (na górę, a potem na własnych nóżkach i maminych rękach w dół z Morskiego do Palenicy!), że aż mnie duma rozpierała :D
Jak wychodziło słońce to świat nabierał barw.. Nosz, po prostu się pięknie robiło! Ciekawa jestem jak długo jeszcze będę się tak zachwycać za każdym razem kiedy wyląduje w górach. Ten spacer dobrze mi zrobił, bo pozwolił odczuć, że byłam w ogóle w Tatrach. To już wystarczyło, żeby cała reszta rozrywek nabrała smaku i nowego wymiaru :))
A na górze śnieg, chłód i jakoś tak ponuro. Zosiek za to jakby wpadł do raju - śnieg, śnieg, śnieg i tylko sopli brak :D
Wspólne zdjęcioszko z Pawełem, żeby nie było, że nas tam nie było! O, jakkolwiek idiotycznie to nie brzmi :))
Tak pięknie, gdy świeci słońce..
Tak mokro, gdy pada deszcz :D Względnie się uśmiecham, ale później były momenty, że szłam jak mokra kura i miałam już naprawdę serdecznie dość. Majowy deszczyk.. Srutututu! Franca była zimna i nieprzyjemna! A jak jeszcze zawiało to miałam ochotę się zwinąć w kulkę :P
A potem znów wyszło piękne słońce :))
Wracając do domku dookoła było widać takie cuda, że strzelałam zdjęcia jak bądź przez szybę. Byle tylko to nie uciekło, nie zniknęło, nie mijało.. Ach, piękności.... :)
A żeby nam mało nie było to jeszcze nam się przytrafiła jedna z piękniejszych tęcz, jakie w życiu widziałam. W drodze do domku szama w Giewoncie. Jak zwykle pyszna. Pomidorówka tylko tam, po wysiłku, smakuje tak wyśmienicie i rozgrzewająco. No jak słowo daję! Nawet domowa się do niej nie umywa :)
Kolejny dzień był równie ambitny jak poprzedni. Podbijaliśmy Kasprowy za pomocą kolejki. Muszę mówić, że to też jedna z tych rzeczy, na którą sami byśmy się nie porwali? :D Ha, ale warto było pojechać. Po pierwsze, żeby w końcu zaliczyć pobyt na Kasprowym, a po drugie, żeby przejechać się kolejką. Było fantastycznie! :) A tak na poważnie to wcale mi się nie podobało, w przeciwieństwie do Pawła :D Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że mój żołądek nie lubi takich atrakcji. Na szczęście nie byłam sama, bo Marta cierpiała razem ze mną, a nawet bardziej. Bidula dodatkowo ma lęk wysokości. Ale trzeba przyznać, że to całkiem fajnie tak zasmakować trochę górskich widoków bez szczególnego wysiłku. Kilka minut i jest się na górze. A jeśli jeszcze odejść gdzieś trochę na bok, gdzie ludzi trochę mniej to można poczuć ten przyjemny dreszczyk górski. Nam się udało. Mieliśmy z Pawłem przez chwilę całe Liliowe tylko dla siebie. Cały świat dookoła był nasz. Każdy kamień, każda góra, każda garść śniegu - tylko nasza. My i cały świat :)
Poranna kawa, na "tarasie" z przepięknym widokiem w doborowym towarzystwie. Niekiedy czas mógłby stanąć w miejscu i tak już pozostać.. :)
Na Kasprowym nadal zalega śnieg. Ku uciesze Zosieńki. My za to wyglądaliśmy tam i czuliśmy się jak niedzieli turyści, którymi z resztą byliśmy. Buty mieliśmy zdecydowanie przeznaczone jedynie do zadań specjalnych. Najspecjalniejszych wręcz. Chwilami to aż mi się śmiać chciało z tego jak się tam wybraliśmy :D Pół drogi obiecywaliśmy sobie z Pawłem, że już nigdy nigdzie nie pójdziemy bez kijów i butów trekkingowych :D
W tym miejscu przypomina mi się ciągle jedna piosenka. Jak ktoś ciekawy to polecam kliknąć - klik - i poczuć to, co mam na myśli :)
Takie widoki.. Naprawdę nie myślałam, że na Kasprowym jest tak pięknie. Jeszcze jak chwilami zaświeciło słońce to robiło się po prostu magicznie. Wystarczyło się tylko choć na chwilę zatrzymać i to docenić.. :) Podejrzewam, że Marta i Tomasz nie mieli możliwości "zarajać" się tym wszystkim tak jak my, bo Zonkowi przemokły buty od tego radosnego taplania się w śniegu i całą trójką musieli się w trybie ekspresowym ewakuować do budynku. Nas nie goniło nic :)
Da się zauważyć, że nie wszyscy mieli radochę z tej kolejkowej wyprawy, co nie? :D
Po powrocie do domku mieliśmy szybkie ogarnianie, jedzonko w Giewoncie i wypad na termy w Bukowinie. Kurcze, pierwszy raz trafiliśmy na takie pustki w tym miejscu! Zdecydowanie miło tak, jak prawie cały basen ma się dla siebie :D Dopiero po powrocie i przeglądnięciu nagrań okazało się, że mieliśmy całkiem sprośne towarzystwo :D Na nagraniu podwodnym mamy faceta z fujarą na wierzchu :D Huh, dobrze, że byliśmy nieświadomi tego, co się tam wyrabia :D W domku oszamiliśmy zakupioną wcześniej pizzę i rozpoczęliśmy celebrowanie odpoczynku przy procentach, co trwało z resztą w przypadku mnie i mojego braciszka do 5tej nad ranem :D
Już całkiem solidnie świtało, kiedy stwierdziłam, że koniec oglądania meczu hokejowego, którego i tak nie oglądam, a tym bardziej nic z niego nie rozumiem :D
Na pożegnanie, po tym jak już wszystkim udało się zerwać z łóżek, udaliśmy się na Krupówki. Czuję się dumna, bo skoczyłam na bungee :)) Od dawna o tym marzyłam i wiedziałam, że kiedyś skoczę, ale w życiu nie pomyślałabym, że chwilę po mnie będzie skakał Paweł i Tomasz! No po prostu zajebiście :D Spełnianie marzeń jest takie cudowne! :D Potem już tylko obiadek (okropny, niedobry, fe!!!), solidne zakupy oscypkowe i czas do domku.. Wszystko, co dobre tak szybko się kończy....
Te kilka dni zleciało tak okropnie szybko.. Tak bardzo nie wiedziałam czego oczekiwać od tego wyjazdu, a okazał się być jak dla mnie jednym z tych lepszych wypadów w góry. Pewnie ze względu na towarzystwo i to, że był tak całkowicie inny od dotychczasowych. Aż w sumie, kurde, nie wiem jak to sensownie spuentować. Było po prostu świetnie! Żałuję tylko, że tak krótko, bo te 4 dni tak jakby były i ich nie było.. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś wrócić w tym składzie (lub jeszcze nieco większym... :)) w nasze ukochane góry :))
Poranna kawa, na "tarasie" z przepięknym widokiem w doborowym towarzystwie. Niekiedy czas mógłby stanąć w miejscu i tak już pozostać.. :)
Na Kasprowym nadal zalega śnieg. Ku uciesze Zosieńki. My za to wyglądaliśmy tam i czuliśmy się jak niedzieli turyści, którymi z resztą byliśmy. Buty mieliśmy zdecydowanie przeznaczone jedynie do zadań specjalnych. Najspecjalniejszych wręcz. Chwilami to aż mi się śmiać chciało z tego jak się tam wybraliśmy :D Pół drogi obiecywaliśmy sobie z Pawłem, że już nigdy nigdzie nie pójdziemy bez kijów i butów trekkingowych :D
W tym miejscu przypomina mi się ciągle jedna piosenka. Jak ktoś ciekawy to polecam kliknąć - klik - i poczuć to, co mam na myśli :)
Takie widoki.. Naprawdę nie myślałam, że na Kasprowym jest tak pięknie. Jeszcze jak chwilami zaświeciło słońce to robiło się po prostu magicznie. Wystarczyło się tylko choć na chwilę zatrzymać i to docenić.. :) Podejrzewam, że Marta i Tomasz nie mieli możliwości "zarajać" się tym wszystkim tak jak my, bo Zonkowi przemokły buty od tego radosnego taplania się w śniegu i całą trójką musieli się w trybie ekspresowym ewakuować do budynku. Nas nie goniło nic :)
Da się zauważyć, że nie wszyscy mieli radochę z tej kolejkowej wyprawy, co nie? :D
Po powrocie do domku mieliśmy szybkie ogarnianie, jedzonko w Giewoncie i wypad na termy w Bukowinie. Kurcze, pierwszy raz trafiliśmy na takie pustki w tym miejscu! Zdecydowanie miło tak, jak prawie cały basen ma się dla siebie :D Dopiero po powrocie i przeglądnięciu nagrań okazało się, że mieliśmy całkiem sprośne towarzystwo :D Na nagraniu podwodnym mamy faceta z fujarą na wierzchu :D Huh, dobrze, że byliśmy nieświadomi tego, co się tam wyrabia :D W domku oszamiliśmy zakupioną wcześniej pizzę i rozpoczęliśmy celebrowanie odpoczynku przy procentach, co trwało z resztą w przypadku mnie i mojego braciszka do 5tej nad ranem :D
Już całkiem solidnie świtało, kiedy stwierdziłam, że koniec oglądania meczu hokejowego, którego i tak nie oglądam, a tym bardziej nic z niego nie rozumiem :D
Na pożegnanie, po tym jak już wszystkim udało się zerwać z łóżek, udaliśmy się na Krupówki. Czuję się dumna, bo skoczyłam na bungee :)) Od dawna o tym marzyłam i wiedziałam, że kiedyś skoczę, ale w życiu nie pomyślałabym, że chwilę po mnie będzie skakał Paweł i Tomasz! No po prostu zajebiście :D Spełnianie marzeń jest takie cudowne! :D Potem już tylko obiadek (okropny, niedobry, fe!!!), solidne zakupy oscypkowe i czas do domku.. Wszystko, co dobre tak szybko się kończy....
Te kilka dni zleciało tak okropnie szybko.. Tak bardzo nie wiedziałam czego oczekiwać od tego wyjazdu, a okazał się być jak dla mnie jednym z tych lepszych wypadów w góry. Pewnie ze względu na towarzystwo i to, że był tak całkowicie inny od dotychczasowych. Aż w sumie, kurde, nie wiem jak to sensownie spuentować. Było po prostu świetnie! Żałuję tylko, że tak krótko, bo te 4 dni tak jakby były i ich nie było.. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś wrócić w tym składzie (lub jeszcze nieco większym... :)) w nasze ukochane góry :))


























































































































Komentarze
Prześlij komentarz