Tatrzańskie spełnianie marzeń!



Powinnam zacząć od napisania "Tatry 2k14 vol 4", ale tak nie napisze, bo można to zobaczyć na zdjęciu. W tym roku aż cztery razy udało nam się zajrzeć w ukochane góry i jest to nasz dotychczasowy rekord :) Tym razem po powrocie z czystym sumieniem mogę powiedzieć - tak, to było to, czego oczekiwałam. Chociaż na dobrą sprawę to dziwne, bo planu nie zrealizowałam. A przynajmniej nie całego. I chociaż jestem pieprznięta na punkcie tego, co sobie umyślę to tym razem wcale nie ubolewam, że nie wszystko wyszło, bo gdyby wyszło, to by nie wyszło! :D Mniejsza z tym na razie.. Zacznę od początku :)

Pakowaliśmy się standardowo - to jest na ostatnią chwilę. Żeby nie przesadzić to grubo po północy Ilon3k był nadal w rozsypce. Aż się dziwię, że jakimś cudem (cud nr 1) udało się niczego nie zapomnieć, szczególnie, że myśli podczas pakowania były już w drodze do Zakopanego :D


Cud nr 2. Stargaliśmy się z łóżek o 5 rano, żeby o 6 być już w drodze. Kto mnie zna, ten wie jakiego pokroju jest to cud w moim wykonaniu :D Jak wyjeżdżaliśmy to pogoda nie była zachęcająca, ale nie zniechęcaliśmy się, bo kamery TOPR mówiły swoje i wiedzieliśmy po co jedziemy. Jechaliśmy braŚć te widoki pełnymi garściami! :D




Zakopane przywitało nas piękną aurą. Słońce raziło po oczach, a śnieg puszył się pod nogami. Z tego tytułu nawet plecaki wydawały się jakieś takie lżejsze :) Cel nie był wprawdzie odległy i wcale nie było tak strasznie zimno, ale przyzbroiliśmy się co najmniej jak do trasy przez Syberię. Dość szybko musieliśmy się potem rozbierać :D





Nigdy wcześniej nie widziałam tak fantastycznych i ogromnych kryształków lodu. Niektóre, jakby zmierzyć, miały pewnie ponad 2 cm długości i robiły ogromne wrażenie. Rzekłabym, że cuda na kiju, ale nie zawsze były na kiju - czasem były też na ziemii :D



Prawda, że fantastyczne? Szkoda, że nie ma żadnego punktu odniesienia, który mógłby przybliżyć rozmiar tych cudeniek :)


Po drodze były czary, mary i magia. Zdaję sobie sprawę, że te moje reportaże tutaj brzmią czasami jak notki na zamówienie TPNu, ale tam naprawdę bywa magicznie. Na nas, wprost z nieba, sypał się śnieżny brokat a pod stopami śpiewał lód. Niby nic wyjątkowego, ale.. esz, musielibyście tamtędy iść razem z nami, żeby zrozumieć co mam na myśli :)



 



Z tego wyjazdu na pewno nie powstanie film. Nie żeby kamerzysta był jakiś kiepski, bo to full profeska, ale jakoś tak czasu nie było, więc i materiału też ni ma.. Jakoś tak nawet nad tym nie ubolewamy :)

 
Ja nie poliżę tej poręczy?! Potrzymaj mi piwo! :D



Do schroniska dotarliśmy przed zmierzchem, co jest zadziwiające, biorąc pod uwagę nasze tempo. Jak to powiedział towarzysz spotkany na trasie "jak nie grzmi i nic w lesie nie ryczy to i tempo jest kiepskie!". Nie wiem, nie znam się, ale pewnie miał rację. A przynajmniej chciałabym wierzyć, że jeśli wystąpiłby jeden z tych czynników to nasze tempo by wzrosło :D


Zimowe arcydzieła przed schroniskiem :)


To okno z parą, pachruściem w doniczce i odbiciem zaśnieżonych drzew w szybie dawało takie poczucie, że kiedy już wejdzie się do środka to będzie tak miło.. tak przytulnie.. tak ciepło... Ha! Taka zmyła! Nie było! :D


W schronisku była masakra. Przynajmniej dla mnie. Po wejściu do pokoju Pawłowy zegarek ustatkował się na temperaturze 15*C. Nie mieliśmy bladego pojęcia, że to prawie jak upał. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero w nocy, kiedy termometr wskazał 7 stopni :D Ciepła woda też w sumie była rarytasem. Tak samo jak prąd. Woda dopiero od 18:00, a prąd tylko, kiedy ktoś łaskawy włączył agregat. No powiem Wam, że tego jeszcze nie grali :D

Próbowaliśmy się więc rozgrzać gorącą herbatą, której zapasy topniały nam w zastraszającym tempie i małą flaszeczką, która okazała się być zbyt mała na rozgrzanie dwóch tak wyziębniętych osób. Nawet Pawłowi było zimno! Dziwię się, że w takim przypadku ja nie przeszłam transformacji w kostkę lodu :D


Plan na kolejne kilkanaście godzin był ambitny. Szczerze to muszę się przyznać sama przed sobą, że do samego końca nie wierzyłam w jego realizację. Pobudka o 3 nad ranem, o 4 wyjście na szlak, żeby o 7:10 witać świt na Ornaku. Brzmi prawie absurdalnie pod moimi palcami :D Plan zaczął się już sypać przy punkcie pierwszym. Nie zadzwonił budzik. Wyjątkowo tym razem ucieszyłam się, że tak często biegam do toalety. Inaczej pewnie spalibyśmy jak susły aż do tego upragnionego świtu :D


Po drodze było ciężko. Nasze mózgi nie przetworzyły informacji, że już nie śpimy. Chociaż dobra, wróć. Mój przetworzył tę informację, jak i kilka innych. Na miano najważniejszej z nich wszystkich zasługuje myśl pt "NIEDŹWIEDŹ" :D Z bólem przyznam, że prawie robiłam w gacie, kiedy wspierani jedynie światłem z latarki przemierzaliśmy ciemny las. Całą drogę towarzyszyła mi tylko ta myśl, że zaraz za smugą światła może stać niedźwiedź i chcieć mnie zjeść. Paweł nie uratował sytuacji, kiedy powiedział, że co jak co, ale przed niedźwiedziem mnie nie uratuje. Mój bohater <3

Trasa, nawet pomimo braku futrzastych towarzyszy na szlaku była naprawdę trudna. Najpierw Pawłowi zbierało się na wymioty, a potem to ja przejęłam tę funkcję i dobrą chwilę zbierałam myśli z żołądka do mózgu. Żeby jednak nie było, że tylko koszmary przeżywaliśmy po drodze to w przerwach między myślami "niedźwiedź" i "och, jak mi nie dobrze" myślałam sobie.. "o mamusiu, jak ten śnieg się pięknie mieni w świetle latarki! Żeby tylko go zaraz niedźwiedź nie zdeptał!" :D


Na górę dotarłam chwilę przed Pawłem. Prawie tam wbiegłam, żeby zdążyć na świt. Okupiłam to zasmarkanym kołnierzem i ustami jak po roku na Saharze, ale dotarłam. Chwilę potem dotarł Paweł w nieco lepszym stanie niż ja, choć również pozostawiającym wiele do życzenia :D

Wszystko to nic.. Warto było.. Jeszcze przed świtem było magicznie, a jak już słońce rozświetliło pierwsze szczyty (Wierch Starorobociański) to jak ten ostatni mięczak się rozpłakałam. Wszystkim życzę choć raz w życiu takiego zachwytu :)





Każdy kawałek nieba miał praktycznie inny kolor. To tak, jakby być w kilku salach kinowych jednocześnie. Na jednym ekranie inny film, na kolejnym inny.. Bajka :)




Pierwsze promienie słońca na szczytach.. W rzeczywistości o wiele bardziej intensywne i wesołe, ale aparat nie potrafi oddać dokładnie tego, co widzi ludzkie oko. Może to i dobrze? Większość rzeczy docenia się dopiero, kiedy włoży się dużo trudu w ich zdobycie. :)





Chwilami trudno było odróżnić śnieg od chmur, a chmury od gór.. To tak jakby być w górach i nad morzem jednocześnie. Morzem chmur..





Wystarczyło się obrócić, żeby zobaczyć całkowicie inny świat. Inne barwy, inne chmury, wszystko inne.. :)




Nigdy bym nie podejrzewała, że to słońce, które jeszcze chwilę temu tak nieśmiało zbliżało się do horyzontu uderzy nagle z taką siłą. Raziło bardziej niż prąd :)




Wiem, ogromnie dużo tych widoczków, ale nie mogłam się zdecydować. Proszę o wybaczenie.. :)


To zdjęcie niezaprzeczalnie kojarzy mi się z reklamą Coca Coli. Ktoś ma podobne odczucia :D?







Na szczycie spędziliśmy całkiem niezły okruszek czasu. Co nie było wcale takie łatwe. Było naprawdę zimno! Zimno i sucho. Cieszę się, że nie zasłużyliśmy sobie na nagrodę Darwina. A myślę, że mielibyśmy całkiem niezłe szanse, gdyby się nam uschło. Bo kto mądry, rozważny i inteligentny zabiera ze sobą na ośmiogodzinną wyprawę 600ml wody na łeb :D? A no kto - Ilonka i Pawełek. Miszczowie przez duże SZCZ! Głównie z tego powodu, choć i zmęczenie też miało w tym swój udział, skończyliśmy trasę w pobliżu Siwej Przełęczy, a nie na Starorobociańskim Wierchu.





Do schroniska wróciliśmy tacy zmęczeni, że po szybkim oszamieniu obiadu wpadliśmy w śpiwory i zapadliśmy w naprawdę głęboki sen. Prawie że zimowy, biorąc pod uwagę warunki panujące w naszym pokoju :D Co gorsza, późną nocą okazało się, że tylko w naszym pokoju panowała Syberia. Pozostałym bliżej było do klimatu w saunie na basenie. Pocieszam się jedynie, że przez te dwa dni komórki w moim organizmie pewnie solidnie się zakonserwowały :D



Prawda, że pięknie?




Takie z nas pijaki, że nie było komu drugiej flaszki wypić. Chyba nawet na rozgrzewanie się było za zimno :D Chociaż trzeba przyznać, że jako dodatek do herbaty smakowała całkiem wybornie.. :)


Patent wyjazdowy - gotowane parówki, powtórka z rozrywki. Niedługo chyba pomiędzy wyjazdami na myśl o parówkach będę dostawać mdłości :D



Kolejnego dnia.. plan był ambitny. Był i na tym koniec. Po coś w końcu się te plany robi. Z mojego doświadczenia wynika, że po to, aby móc je później psuć. Paweu ogłosił, że żadnego Ciemniaka zdobywać tego dnia nie zamierza i słodkimi obietnicami zaciągnął mnie do Kir. A ja głupia mu uwierzyłam, że Ciemniaka zrobimy, tyle że kolejnego dnia. Oj, głupia, głupia..

Przynajmniej tyle, że pogoda się skoszmarzyła i nie było mi jakoś strasznie przykro, że ten Ciemniak to jednak nie dziś. Bez słońca to już smutno trochę, a chmury dość solidnie okryły szczyty.







Lilie śniegowe. Ładniejsze od oryginalnych :D


Ja czułam, ja wiedziałam, że gdzieś w tych krzakach siedzi niedźwiedź! A to tylko Miś był :D

 


Kto by pomyślał, że to ta sama dolina co dwa dni wcześniej :)



Po zakupach w sercu Zakopanego i pysznej kawie z ciastkiem udaliśmy się na wyżerkę do Giewontu. Nie mogliśmy sobie odpuścić. Zupa pomidorowa w Giewoncie to już jak punkt programu :D A co by daleko na zupkę nie mieć to zakwaterowaliśmy się w Willi Magnolia.. za Giewontem :D Po dwóch nocach w dość dyskusyjnych temperaturach wpadliśmy z radością do nagrzanej specjalnie dla nas sauny. Taki rarytas, a co! :)




Miał być Ciemniak, tak? Jasne.. Po ścisłych kalkulacjach poszłam po rozum do głowy i z niechęcią przyznałam, że w krótkie zimowe dni jest ponad nasze możliwości. Szczególnie, jeśli planujemy na ten dzień powrót do domku. Po długich rozmyślaniach, kalkulacjach i pogodzeniu się z tym, że większość ciekawych obiektów jest poza naszym zasięgiem, stanęło na leniwej wyprawie na Kasprowy. Decydujący głos miała kamerka TOPR - tylko tam świeciło słońce! :D

Poniższe zdjęcie stanowi dowód na to, że kobieta po przebudzeniu rzadko kiedy jest piękna :D Ja wiem, że mój przykład to koszmarny przykład, ale przykład :D


Za to mężczyzna.. jest taki sam jak przez resztę dnia! Nie brakuje mu makijażu, bo go nie nosi :D Odkrywcze, prawda :D?


A w drodze na Kasprowy.. Hm, czy ja coś pisałam o słońcu?



"Tyle słońca w całym mieście..", że się aż udławić można :)




Paweł szczęśliwy, bo nie musiał włazić na górę. Jak to stwierdził po zejściu - "teraz możemy iść schodzić z kolejnej góry" :D









Kościelec ponad chmurami. Do tej pory patrzę na niego z jakimś takim szacunkiem - pierwszy dwutysięcznik w naszej karierze :)


 
Na przełęczy między Kopami mieliśmy po raz ostatni na tym wyjeździe piękne widoki. Później schodziliśmy coraz bardziej w mgłę i w coraz większą ciemność. Na szlaku zastała nas noc. No dobra, może nie noc, ale całkiem ciemno było. Do tego szliśmy w chmurze, więc widoczność była mocno ograniczona. Uff, dobrze tylko, że niedźwiedzi nie było! :D








Podsumuję to wyjątkowo krótko, jak na mnie:

Było zajebiście! Zrealizowane plany są niczym w porównaniu ze spełnionymi marzeniami :)

Komentarze

  1. Jak ja Wam okropnie zazdroszczę tych wyjazdów! Pięknie :D Klodia

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tatryyy ;)

Tatry 2k13 vol. 2

Akcja rejestracji Dawców - Stalowa Wola