ZonkTeamowe prawie Bieszczady
Weekendowa wyprawa w odwiedziny do Biesów i Czadów w małym składzie. Plan był prosty: jedziem nad strumyk, rozbijamy namiot i robimy nic od piątku do niedzieli. Plan sypnął się już na piątku i wyjechaliśmy w sobotę. Poszukiwania miejsca do rozbicia się rozpoczęliśmy całkowitym przypadkiem od Tyrawy Solnej i o mały włos, a byśmy już tam zostali. Ale dusza niezaspokojonych, dzikich wędrowców zmusiła nas do dalszych poszukiwań.. W Tyrawie było zdecydowanie zbyt humanitarnie.. Toi Toie, stoliczki, boisko.. uh!
Czy leci z nami pilot?!
Musieliśmy pogodzić dwie sprawy - chłopaków chęć do wędkowania gdziekolwiek (byle tylko ryby brały) i naszą chęć do spędzenia czasu w przynajmniej ciut sympatycznym miejscu.. W pewnym momencie myślałam, że to mission impossible.
W poszukiwaniu dzikości zabłądziliśmy aż nad Solinę... Zdecydowanie zabłądziliśmy, ale w sumie to mogłabym się tam rozbić :)
Zniechęceni poszukiwaniami miejsca idealnego postanowiliśmy wrócić do punktu pierwszego.. Cywilizowanej Tyrawy Solnej. Na szczęście znów pobłądziliśmy. Do prawie raju! :D
Barek z funkcją chłodziarki :)
Woda była lodowata lub tylko zimna. Wszystko zależało od stężenia krwi w alkoholu. Z moim zboczeniem psychicznym dałam radę się tam nawet umyć, podczas gdy stopy odmarzały mi już dokładnie po 15 sekundach stania :D
Wojtek przebił samego siebie (i mnóstwo rybek!). Rybka za rybką, za rybką rybka.. W pewnym momencie przestaliśmy już reagować na jego chwalenie się rybkami.. No bo ileż można się zachwycać trzydziestakami!? :D
Mario poczuł dzikość! Co za dziki dzik!
Czyż nie urocze miejsce udało nam się odkopać na GPSach :D?
Drewno na ognisko trzeba było upolować.. Zdobycze musieliśmy przytargać z Wojtkiem aż z drugiego brzegu Sanu :)
Wieczorna szama i małe co nieco na słodko :D
To co Tygłyski lubjom najbardziej..:)
A rano komu w drogę temu kluczyki..
Może nie były to Bieszczady, ani nie była dzikość.. Ale takie weekendy to my lubimy :)






































Ja tez bym lubiala!
OdpowiedzUsuń